piątek, 15 sierpnia 2014

6 rozdział :)

Krótkie streszczenie poprzednich rozdziałów, gdyż pewnie ich nie pamiętacie:
1. Harry zabił Voldemorta i cieszy się w spokojem
2. Reszta świata czarodziejów poprzez media dowiaduje się jak trójka przyjaciół pokonała Voldemorta (horkruksy, rok bez szkoły)
3. Ron kręci z Hermioną, Harry z Ginny ich śledzą, później wspólnie idą do Hagrida.
4. Po pogrzebie wszystkich zmarłych w bitwie o Hogwart, pan Weasley mówi, że kupił dom.
5. Wszyscy Weasleye, Harry i Hermiona są zajęci urządzaniem swoich nowych pokoi.
6. Hermiona oznajmia, że chce znaleźć rodziców, którym wymazała siebie z pamięci i przywrócić im tą pamięć.
7. Harry, Ron i Hermiona jadą pociągiem do domu Hermiony. Jenak nikogo tam nie zastają, sąsiadka, której podają się za pracowników radia, mówi im, że wyjechali leczyć zęby czarnoskórym w Ghanie.

Ze specjalną dedykacją dla Anki :)
VI rozdział
Wyjazd
Oczami Georga:
               Spakowałem się. Za godzinę deportujemy się razem z rodzicami , Harrym, Ronem, Ginny i oczywiście z Hermioną do jakiegoś miasteczka w Ghanie. Percy i Charlie nie jadą, bo pracują, Billy z Fleur też już wrócili do Muszelki. A propos Perciego – jednak dobry z niego brat, nie jest taki sztywny jak wszyscy myślą, znaczy sztywny to on jest, ale ostatnie trzy tygodnie pocieszał mnie po stracie Freda. Czasem nawet w nocy, gdy myślałem, że on śpi i cichutko  chlipałem to wstawał i szczerze rozmawialiśmy.
                Za bardzo nie chcę tam jechać, ale rodzice chyba się o mnie martwią, bo przekonali mnie bym zamknął sklep i jechał z nimi. Mają rację, w domu bym się tylko nad sobą użalał. Jeszcze popadłbym w jakąś depreche, czy coś. Nie no, muszę powiedzieć, że wszystkie moje dotychczasowe problemy mniejsze, większe zamieniałem w zabawę i o nich nie myślałem. Ale strata brata, a do tego brata bliźniaka to już za dużo jak dla mnie. Byliśmy tacy… „zawsze razem”. Jasne, że po każdym z członków rodziny bym płakał, ale czemu akurat śmierć wybrała jego? Mogła nas obu zabrać. Przecież to tak jakbym stracił duszę. Bez Freda to nie życie. Wszystko jest takie… hmm mało śmieszne.    
                   - Wszyscy mają swoje plecaki? – zapytał tata, gdy wylądowaliśmy w dżungli pod jakimś drzewem w Afryce – Jeśli tu nas przydeportowało, to oznacza, że państwo Granger są niedaleko. Pamiętajcie jesteśmy turystami! – gdy tata to oznajmił wydarzyły się trzy rzeczy, jedna po drugiej.                                                                                                                                                     
Po pierwsze Ron zaczął się wydzierać wniebogłosy, po czym zemdlał. Po drugie zorientowaliśmy się, że zobaczył dość dużą tarantule ( oczywiście Aragok był ze czterdzieści razy większy ). Po trzecie trójka około ośmioletnich murzynków z dzidami , których wcześniej nie widzieliśmy jakimś cudem zeskoczyła z drzew i z tymi dzidami szli w naszą stronę. W pierwszej chwili nie wiedzieliśmy czy uciekać czy się bronić, ale na szczęście najmniejszy z nich zapytał kim jesteśmy i co tu robimy. Mama wyjaśniła, że jesteśmy turystami z Anglii i szukamy państwa Granger. Chłopiec nie wiedział o kogo chodzi, ale powiedział żebyśmy za nim poszli.
Niedaleko była wspaniała wioska otoczona przez dżunglę. Wyglądała tak jak zwykle pokazują Afrykę na filmach.  Ludzie mieszkają tu w okrągłych domkach pokrytych słomą. Są tu jeszcze ze cztery domy kwadratowe pokryte ogromnymi liśćmi palm. Gdy szliśmy czarnoskórzy z uśmiechem patrzyli się na nas jak na małpki w zoo, w każdym razie my tak na nich. Wszyscy byli ubrani na kolorowo.
Kiedy rozmyślałem sobie o tym, że świat jest piękny i muszę go zwiedzić to zeszła się cała wioska. Ludzie poprzynosili ze sobą bębny i inne różne instrumenty własnej roboty. Ustawili się w kółko tak, że my byliśmy w środku. Z koła wyłonił się najbardziej pomalowany i pomarszczony człowiek, strzelam, że najstarszy z tej wioski. Powitał nas i zaprosił do wspólnej zabawy po angielsku, a później krzyknął coś do reszty ludu w ich języku i wszyscy zaczęli tańczyć, grać i śpiewać. Później wciągnęli nas do koła i bawiliśmy się razem z nimi. Wszystko działo się tak szybko, że dopiero po jakichś trzech godzinach powiedzieliśmy temu najstarszemu po co przyjechaliśmy. Goltat ( tak się nazywał ) powiedział, że byli tu dentyści, ale nazywali się Wilkinsow i dziś rano poszli 5km dalej do innej wioski leczyć zęby. Hermiona wydała z siebie coś w stylu: ahh. Spojrzeliśmy na nią. Chyba chciała nam coś powiedzieć.
                Spaliśmy w jednym z tych małych okrągłych domków i ledwo się mieściliśmy na podłodze, a i tak jeszcze wnętrze polepszyliśmy co nie co czarami. Nas było siedmiu, a normalnie mieszka w takim domku 20 osób. Masakra, takie spartańskie warunki.
                 Hermiona wczoraj przed kolacją ( składającą się z przywiezionych batoników ) powiedziała, że zapomniała o czymś ważnym, a mianowicie, gdy wymazywała rodzicom siebie z pamięci to jeszcze wkodowała im, że nazywają się Wendell i Monika Wilkinsowie. Co oznacza, że pod takim nazwiskiem musimy ich szukać. Przyznała się, że wkodowała im coś jeszcze, ale nie wie co. Chyba było jej się ciężko do tego przyznać, bo ze cztery razy się tłumaczyła. No cóż, jest przecież profesjonalistką.

                 

Wstawiam też zdjęcie takiego domku, gdzie oni spali.

W te wakacje jeszcze będzie jeden rozdział prawdopodobnie. :)

Wilczyco powiedz siostrze, że wstawiłam rozdział, bo zdaje się, że czytała.